W poszukiwaniu wioski nomadów. Maroko, dzień 8.

W Maroku byliśmy 10 dni. Naszym głównym celem było zdobycie Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.) – najwyższego szczytu nie tylko tego kraju, lecz także całej Afryki Północnej, leżącego w Atlasie Wysokim. Oprócz tego udało nam się poznać Marrakesz, zobaczyć Fez, pojeździć na wielbłądach po pustyni Erg Chebbi i spędzić na niej noc z Berberami, a także przejść Wąwóz Todra i powędrować po otaczających go górach, szukając przy okazji wioski nomadów.

Noc pod gołym niebem w górach otaczających Wąwóz Todra minęła nam bez niespodzianek. Nawet pająki nas zbytnio nie pokąsały. Rano, zgodnie z wczorajszym postanowieniem ruszamy w górę w poszukiwaniu wioski nomadów. Idziemy najpierw ścieżką, którą wędrowali widziani przez nas ludzie, ale później wybieramy drogę na skróty i wspinamy się po skałach, samemu wyszukując najdogodniejszego podejścia. Po około godzinie docieramy na przełęcz, której nazwy nie znamy. Wysokościomierz wskazuje 2200 m n.p.m. Mamy szeroki widok na otaczające nas góry. Słońce jest jeszcze nisko, więc są pięknie podświetlone, wręcz złociste.

Rozglądamy się, próbując wypatrzeć jakikolwiek ślad świadczący o tym, że gdzieś tu, w tych górach, może być jakaś wioska. Jak okiem sięgnąć, nie widać nic takiego. Dokoła tylko kamienne góry i doliny. Ale po chwili, w oddali ukazuje nam się żywy dowód, gdzieś w pobliżu ta wioska jednak jest. Oto idzie w naszym kierunku stara, przygarbiona kobieta, ubrana w kolorową, obdartą sukienkę, którą widzieliśmy już wczoraj.

Zatrzymuje się przy nas i trochę po marokańsku, a trochę po francusku tłumaczy nam, że jest nomadem i idzie z wioski, która, jak wskazuje, znajduje się gdzieś w tych górach, niedaleko miejsca, w którym stoimy; prosi nas o dirhama i pokazuje skaleczony palec. W końcu idzie dalej, w kierunku wąwozu Todra.

My spędzamy jeszcze chwilę na przełęczy i też schodzimy do wąwozu. Wioska nomadów pozostaje nieodkryta przez nas. Rozkładamy się na dnie kanionu, nad potokiem, tak jak wiele marokańskich rodzin i przez resztę dnia wygrzewamy się w słońcu. Dopiero wieczorem idziemy do pobliskiej wioski, żeby kupić coś do jedzenia. Wracając, wstępujemy do kawiarni. Nigdzie nam się nie spieszy, bo autobus do Marrakeszu mamy dopiero następnego dnia o 5.00.

Tak, jak poprzednio, noc spędzamy pod gołym niebem, w gaju oliwnym, który znajduje się u wylotu drogi z wąwozu Todra. Rozłożyliśmy maty pod drzewami, zapakowaliśmy się do śpiworów i… właściwie nie zasnęliśmy. Około północy wstaliśmy i ruszyliśmy pieszo do Tinghiru. Przez 4 godziny schodziliśmy asfaltową drogą, mijając kolejne zaspane wioski. Choć nie wszyscy spali, bo spotkaliśmy chłopaka, który też znał Waldka Niemca i upierał się, żebyśmy spędzili noc w jego pensjonacie. Odmówiliśmy i schodziliśmy dalej, zbierając z przydrożnych drzew granaty i opuncje, co oczywiście skończyło się długim wyskubywaniem kolców z palców.

Z Tinghiru bez przygód dojechaliśmy do Marrakeszu i tutaj spędziliśmy resztę czasu, aż do wylotu do Polski, szwędając się po uliczkach medyny i przesiadując w restauracjach.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s