Wąwóz Todra. Maroko, dzień 7.

W Maroku byliśmy 10 dni. Naszym głównym celem było zdobycie Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.) – najwyższego szczytu nie tylko tego kraju, lecz także całej Afryki Północnej, leżącego w Atlasie Wysokim. Oprócz tego udało nam się poznać Marrakesz, zobaczyć Fez, pojeździć na wielbłądach po pustyni Erg Chebbi i spędzić na niej noc z Berberami, a także przejść Wąwóz Todra i powędrować po otaczających go górach, szukając przy okazji wioski nomadów.

Poranek na pustyni

W berberyjskim namiocie na pustyni budzimy się ok. 7.00. Tak jak wczoraj wieczorem oglądaliśmy zachód słońca, tak dziś chcemy zobaczyć jego wschód. Znowu więc wdrapujemy się na najwyższą wydmę w okolicy. Nie czekamy długo, po chwili zza horyzontu wyłania się złocista tarcza słońca i szybko ogrzewa rześkie do tej pory powietrze poranka.

Wracamy z wydmy, pakujemy się i ruszamy w drogę powrotną do Merzougi. Bez zatrzymywania się, dość szybko docieramy do bramy wioski, przed którą stoi samochód terenowy wraz z kierowcą. Nasz przewodnik oznajmia nam: „To jest Mustafa”.

No w końcu się pojawił, myślimy. Wita się z nami serdecznie, pyta czy wszystko było OK, każe wsiadać do auta. Podwozi nas do naszego pensjonatu, opowiadając o sobie i swojej żonie z Krakowa. W pensjonacie zostawiamy tylko plecaki i od razu idziemy do pobliskiego hostelu, gdzie czeka już na nas śniadanie.

Po śniadaniu razem z Mustafą zastanawiamy się co robić dalej. Naszym kolejnym celem jest wąwóz Todra, ale autobus do Tinghiru mamy dopiero następnego dnia rano. Mustafa proponuje, że załatwi nam taksówkę. Cena, jaką początkowo zaproponował była dla nas nie do przyjęcia, jednak po krótkich negocjacjach udało nam się ustalić kwotę, która nas satysfakcjonowała.

Zanim zdążyliśmy się odświeżyć po noclegu na pustyni i przejażdżce na wielbłądach, taksówka już na nas czekała. Bez zwlekania więc rozliczyliśmy się z Mustafą, pożegnaliśmy z nim i naszym przewodnikiem, którego imienia do tej pory nie poznaliśmy i wsiedliśmy w grand taxi.

Gdyby ktoś chciał tak jak my wybrać się na Erg Chebi, możemy śmiało polecić usługi Mustafy – wszystko odbyło się zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, zapłaciliśmy tyle, na ile się umówiliśmy i jeszcze załatwił nam przejazd do Tinghiru, dzięki któremu zyskaliśmy dodatkowy dzień. Kontakt z Mustafą można zleźć na stronie: https://moroccocheaptravel.com. Później najłatwiej się z nim porozumiewać przez WatsAppa.

Kierowca od razu powiedział nam, że możemy się zatrzymać, kiedy tylko chcemy. Skorzystaliśmy z tej możliwości przy okazałej bramie Rissani, natomiast kilkaset metrów dalej zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Taksówkarz odwrócił się do nas i bez skrępowania poprosił o pieniądze na paliwo. Ponieważ byliśmy w Maroku już od tygodnia, nie zdziwiło nas to zbytnio. Daliśmy mu całą kwotę, na jaką umówiliśmy się z Mustafę.

Natomiast niemałym zaskoczeniem było to, co wydarzyło się w trakcie dalszej podróży, jakieś 30 kilometrów przed Tinghirem. Otóż nasz kierowca, na ostatnim rozwidleniu przed naszym celem, skręcił nie w drogę prowadzącą prosto do miasta, lecz zaczął jechać w dokładnie przeciwnym kierunku. Na nasze pytania, czemu tak robi, odparł, że szuka lepszej drogi. Trochę nas to zaniepokoiło, ale po przejechaniu kilku kilometrów kierowca bez słowa zawrócił i dowiózł nas na miejsce.

Tinghir

Wysiadamy z taksówki na gwarnym placu Tinghiru, który łączy w sobie parking, dworzec autobusowy i bazar. Rozglądamy się w poszukiwaniu jakiegoś banku, bo kończą nam się dirhamy. Nie zdążyliśmy ich wymienić, kiedy byliśmy jeszcze w Marrakeszu, potem w Fezie byliśmy w dniu świątecznym, a w Merzoudze nie było żadnego banku. Zaczepia nas jakiś starszy mężczyzna i pyta czy może w czymś pomóc. Odpowiadam, że szukamy banku i dowiadujemy się od niego, że dziś banki są nieczynne, bo znowu jest jakieś święto. Pytamy więc o biuro Supratours, bo chcemy kupić bilet na przejazd do Marrakeszu po wizycie w wąwozie Todra. Dowiadujemy się, że biuro już nie istnieje, ale możemy pojechać autobusem CTM, który rusza codziennie o 5 rano. Idziemy więc do biura CTM, ale tam okazuje się, że jest przerwa i musimy poczekać pół godziny na jego otwarcie. Siadamy więc w pierwszej lepszej knajpce i zamawiamy sobie obiad; jak zwykle do wyboru mamy tajin i kurczaka.

To, co rzuca nam się w oczy, to fakt, że prawie wszyscy w miasteczku, w przeciwieństwie do Marokańczyków, których widzieliśmy w innych miejscach, są czarnoskórzy. Wszyscy w knajpce się nam przyglądają, jakby turyści nie byli tu częstym widokiem. Dosiada się też do nas człowiek, który wypytuje, gdzie się wybieramy. Jak się okazuje ma nam wiele do zaoferowania: nocleg, sprzęt do wspinaczki, a nawet wymianę waluty. Ta opcja nas zainteresowała. Idziemy więc za, nie ma co ukrywać, podejrzanym typem, który prowadzi nas do prywatnego lokalnego muzeum. Po dłuższej rozmowie okazało się jednak, że dirhamów nie wymienimy w kasie tego muzeum, ale możemy je kupić u człowieka, który je prowadzi. Zrezygnowaliśmy z zakupu.

Po chwili zaczepia nas inny czarnoskóry mężczyzna, który usłyszał, że mówimy po polsku. Pokazuje wizytówkę z nazwiskiem jakiegoś Polaka, twierdząc, że to jego przyjaciel. Po chwili rozmowy oprowadza nas po sklepikach, w których kupujemy jedzenie na najbliższe dwa dni.

Chce nas też zaprowadzić na lokalny targ, ale robi się już późno, więc się z nim rozstajemy i idziemy na postój grand taxi, aby pojechać do Wąwozu Todra.

Wąwóz Todra

Po kilkunastu minutach jazdy wysiadamy w miejscu, z którego kilka minut spaceru dzieli nas od najwęższego i najgłębszego miejsca kanionu. Idziemy jego dnem, a pionowe ściany pną się wysoko ponad nami i złocą w promieniach zachodzącego słońca. Pod drodze zaczepiają nas jeszcze ostatni sprzedawcy pamiątek i mijają Marokańczycy, którzy tu wypoczywali. Dnem kanionu wzdłuż płytkiej rzeki biegnie asfaltowa droga, a samo miejsce jest bardzo popularne wśród mieszkańców okolicznych miasteczek.

Po przejściu wąskiej gardzieli kanionu, w miejscu, gdzie wąwóz się rozszerza, odbijamy w lewo. Ruszamy prowadzącą w góry ścieżką w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Stwierdziliśmy, że nie chcemy wracać do spalonego słońcem Marrakeszu i zostajemy w górach na noc. Po krótkim rekonesansie znajdujemy odpowiednie miejsce. Kamienny murek wskazuje na to, że ktoś już w nim biwakował. Być może jacyś wspinacze, których w wąwozie Todra nie brakuje. Także tych z Polski. Jeden z mijanych Marokańczyków, chwalił się nam, że zna Waldka Niemca – szefa jednej z polskich szkół wspinania.

Nomadzi

Kiedy szukaliśmy miejsca na nocleg, na ścieżce prowadzącej gdzieś na wysoką przełęcz, mijało nas kilka osób. Najpierw jakiś staruszek z workiem na plecach, potem dwóch mężczyzn z osłami dźwigającymi butelki z wodą i inne pakunki, w końcu starsza kobieta w barwnym, obdartym stroju. W krótkiej rozmowie po francusku jeden z mężczyzn powiedział nam, że są nomadami i że idą do swojej wioski leżącej gdzieś za przełęczą. Trochę nas to zaintrygowało, bo zaraz zmrok, przełęcz ma ponad 2000 m wysokości, a ci staruszkowie podążają tam jakby nigdy nic. Postanawiamy, że sprawdzimy to następnego dnia rano.

Teraz przygotowujemy sobie miejsce do spania pod wielką skałą, która osłoniłaby nas nawet gdyby zaczął padać deszcz. Rozkładamy tylko maty i śpiwory, bo namiotu ze sobą nie mamy. Jemy na kolację chleb z dżemem i gdy tylko robi się ciemno, kładziemy się spać.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s