Erg Chebbi. Maroko, dzień 6.

W Maroku byliśmy 10 dni. Naszym głównym celem było zdobycie Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.) – najwyższego szczytu nie tylko tego kraju, lecz także całej Afryki Północnej, leżącego w Atlasie Wysokim. Oprócz tego udało nam się poznać Marrakesz, zobaczyć Fez, pojeździć na wielbłądach po pustyni Erg Chebbi i spędzić na niej noc z Berberami, a także przejść Wąwóz Todra i powędrować po otaczających go górach, szukając przy okazji wioski nomadów.

Świt

Fez był dla nas przystankiem w drodze na pustynię. Wczoraj wieczorem wsiedliśmy w autobus do Merzougi – wioski położonej na brzegu Sahary, kilka kilometrów od granicy z Algierią. W Merzoudze, jak to w Maroku, na turystów czeka wielu nagabywaczy, którzy proponują swoje usługi polegające na zorganizowaniu wycieczki na wielbłądzie bądź samochodem terenowym i noclegu na pustyni. My jesteśmy umówieni z Mustafą – jednym z lokalnych przewodników, który był polecany na polskich blogach. Wśród innych wyróżnia się tym, że jego żona jest Polką.

Mustafa przestrzegał nas przed swoimi kolegami po fachu: „Kiedy wysiądziecie z autobusu, będzie na was czekało kilku facetów, którzy będą chcieli was zabrać do swojego hostelu. Kiedy powiecie, że jesteście umówieni z Mustafą, każdy z nich powie, że nazywa się Mustafa”. Dlatego umówiliśmy się na brzmiące po polsku hasło. Dla pewności przesłał nam też swoje zdjęcie.

Do Merzougi dojeżdżamy o 5.30 rano, pół godziny przed czasem. Jest jeszcze zupełnie ciemno. O 6.00 ma nas odebrać Mustafa. Tłumaczymy więc kilku zagadującym nas Berberom, że jesteśmy umówieni. Nie dowierzają i pytają nas o to samo co kilka minut. Pół godziny po czasie, kiedy miał nas odebrać Mustafa, zatrzymuje się obok nas terenowy samochód. Wysiada z niego jakiś człowiek, wyciąga z kieszeni komórkę i czyta ustalone hasło. Nie wygląda jak Mustafa, ale skoro zna hasło, to wsiadamy do samochodu. Co prawda trochę nas dziwi, że ma w nim sprzęt budowalny, ale jedziemy. Po kilku minutach zatrzymujemy się w wąskiej uliczce pod jakimś murem. Nasz przewodnik każe nam wysiadać i otwiera ciężkie metalowe drzwi, za którymi mieści się małe podwórko. Przechodzimy przez nie i docieramy do kolejnych metalowych drzwi. Te, jak się okazuje, prowadzą do wnętrza naszego pensjonatu. Tu tajemniczy człowiek oznajmia nam, że jest bratem Mustafy i że Mustafa przyjdzie do nas za kilka godzin. Zostawia nam klucze do lokum i odjeżdża. Mamy więc trochę czasu, żeby się odświeżyć po męczącej podróży w autobusie i dospać.

Koło południa do naszych dni zapukał kolejny człowiek. To też nie był Mustafa. Ten przedstawił się jako członek „Mustafa company”. Dowiedzieliśmy się, że przyjdzie po nas jeszcze raz koło 16.00 i wtedy pojedziemy na pustynię.

Południe

Skoro już wstaliśmy, to wychodzimy rozejrzeć się po okolicy. Żar leje się z nieba, więc nie wybieramy się nigdzie daleko. Po prostu się nie da. Odwiedzamy pobliski sklepik, który jest zaopatrzony jeszcze skromniej, niż sklepy w Marrakeszu. Idziemy na główny plac Merzougi, na którym zauważamy, że prawie wszyscy faceci są ubrani tak samo – w długie tradycyjne niebieskie stroje i niebieskie turbany. Oczywiście proponują nam zakup swoich towarów, głównie lekkich, barwnych szali.

W końcu po południu przychodzi po nas Berber, który odwiedził nas już wcześniej. Zamyka drzwi od naszego pensjonatu, wręcza nam klucz i każe iść za sobą. Najpierw prowadzi obwieszony jakimiś tobołami motorower, a po chwili wskazuje nam kierunek, w którym mamy iść, a sam wsiada na wysłużony pojazd i odjeżdża.

Erg Chebbi

Spotykamy się z nim po chwili. Czeka na nas wraz z czterema wielbłądami. Bez zbędnego gadania, wsiadamy na nie i ruszamy w stronę rysujących się na horyzoncie wydm. Pakunki, którymi był obładowany motorower, trafiły teraz do koszy zawieszonych na wielbłądzie, na którym siedzę. Nie jest już tak bardzo gorąco, jak w południe. Szybko przekonujemy się, czemu Berberzy z Merzougi śmieją się z turystów chcących podróżować na wielbłądzie. Jest to po prostu niewygodne. Wielbłądy przez wieki były oczywiście wykorzystywane do transportu, ale raczej towarów, niż ludzi. Berberzy zazwyczaj szli przez pustynię pieszo, prowadząc za sobą powiązane w rzędzie zwierzęta, tak jak to teraz czyni nasz przewodnik. Co ciekawe zwierzęta te są tak bezmyślne, że kiedy odwiązała się linka ostatniego w naszej karawanie, ten po prostu zatrzymał się w miejscu. Nie zrobił ani kroku, dopóki nie został pociągnięty.

W pewnym momencie wędrówki po piaszczystej pustyni, nasz przewodnik zatrzymuje wielbłądy i poleca nam wejść na wysoką wydmę, u podnóża której stoimy. Wdrapujemy się więc i podziwiamy rozciągającą się przed nami Saharę. Znajdujemy się na jej północnym skraju. Tymczasem Berber, który nas tu przyprowadził, zwraca się w kierunku Mekki i odmawia obowiązującą muzułmanów modlitwę.

Kiedy skończył się modlić, wsiadamy z powrotem na dromadery i jedziemy, już nie zatrzymując się, do obozowiska, w którym będziemy spać. Docieramy do niego niedługo przed zachodem słońca. Berber odprowadza wielbłądy, a nam każe iść w stronę zachodzącego słońca, zapewniając, że za chwilę będziemy podziwiać piękny widok. Wchodzimy na najwyższą wydmę w okolicy i czekamy na spektakl, który za chwilę odgrywa się na naszych oczach. Żółta tarcza słońca w kilkanaście minut znika za horyzontem.

Wracamy z wydmy i dopiero teraz oglądamy nasze obozowisko, na które składa się kilka dużych namiotów ustawionych w kręgu pośrodku którego stoją niczym w kawiarni okrągłe stoliki i krzesła. Namioty są wykonane z pozszywanych koców, ziemia jest szczelnie zaścielona dywanami. Jest też wymurowany sanitariat i zbiornik na wodę. Oprócz nas i kilku Berberów, którzy przyjmują tu turystów, jest jeszcze marokańska rodzina, która tak samo jak my przybyła zobaczyć Erg Chebbi – marokański skrawek pustyni piaszczystej. Maroko owszem jest krajem pustynnym, ale zdecydowanie przeważa w nim pustynia kamienista.

Nasz przewodnik przynosi nam herbatę z miętą i orzeszki ziemne, siadamy więc przy jednym ze stolików, a on razem z nami. Opowiada nam o życiu na pustyni, o swojej rodzinie, islamie i o turystach odwiedzjących to miejsce. Po herbacie i orzeszkach przychodzi jeszcze czas na przystawki i tajin przyrządzany własnoręcznie przez Berbera, którego imienia do tej pory nie poznaliśmy. Wiemy tylko, że tutaj też nie ma Mustafy.

Noc

Po kolacji wychodzimy na chwilę poza obozowisko, żeby popatrzeć w niebo. Widok jest niesamowity. Niebo rozświetlają całe galaktyki.

Jak się okazuje, to jeszcze nie koniec atrakcji na dziś. Berberzy rozpalają ognisko i zapraszają nas, żebyśmy razem z nimi usiedli w kręgu. Mają bębny i inne, nieznane nam instrumenty. Jest ich kilku, są w różnym wieku, od kilkunastoletniego chłopaka, po staruszka. Wszyscy ubrani w tradycyjne berberyjskie stroje. Panującą do tej pory ciszę przerywa zawodzący śpiew naszego przewodnika. Po chwili wtórują mu pozostali. Rozlega się rytmiczna melodia bębenków i tradycyjnych instrumentów. Dokoła pustynia, ponad nami niesamowicie rozgwieżdżone niebo, a przed nami ognisko i Berberzy śpiewający i grający, tak samo jak ich przodkowie setki lat temu. Nas też zapraszają do zabawy, oddają w nasze ręce swoje bębny i pokazują jak grać.

Gdy repertuar się wyczerpał, nikomu za bardzo nie chce się iść spać. Siedzimy więc nadal przy ognisku, a Berberzy zabawiają nas swoimi głupkowatymi zagadkami i opowiadają o życiu na pustyni.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Erg Chebbi. Maroko, dzień 6.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s