Fez. Maroko, dzień 5.

W Maroku byliśmy 10 dni. Naszym głównym celem było zdobycie Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.) – najwyższego szczytu nie tylko tego kraju, lecz także całej Afryki Północnej, leżącego w Atlasie Wysokim. Oprócz tego udało nam się poznać Marrakesz, zobaczyć Fez, pojeździć na wielbłądach po pustyni Erg Chebbi i spędzić na niej noc z Berberami, a także przejść Wąwóz Todra i powędrować po otaczających go górach, szukając przy okazji wioski nomadów.

Do Fezu dojeżdżamy autobusem ok. 7.00. Po nocy spędzonej w autobusie nie jesteśmy oczywiście zbytnio wypoczęci i wiemy, że ten dzień będzie dla nas męczący. W dworcowych łazienkach trochę się odświeżamy, a w poczekalni jemy śniadanie. Znajdujemy się w nowej części miasta, podobnie jak w Marrakeszu, zbudowanej przez Francuzów. Na pierwszy rzut oka przypomina europejskie miasta. W oczy rzucają się czerwone taksówki.

Pierwsze kroki kierujemy do McDonald’sa, gdzie raczymy się poranną kawą, a następnie idziemy do dużego centrum handlowego, w którym mieści się Carrefour. Zakupy mamy zamiar zrobić po południu, teraz chcemy tylko sprawdzić, czy da się tu kupić jakieś piwo. Właściwie, to jesteśmy pewni, że się da. Dlatego nasze zaskoczenie jest niemałe, kiedy okazuje się, że w zaopatrzonym jak na Carrefour przystało sklepie na półkach możemy znaleźć co najwyżej bezalkoholową Bavarię.

W końcu ruszamy w stronę medyny. Choć jest jeszcze rano, słońce już mocno grzeje. Czym bliżej starego miasta, tym na ulicach coraz więcej ludzi. Zanim jeszcze wejdziemy w obręb medyny, zatrzymujemy na chwilę na placu des Alaouites, który zamyka bogato zdobiona fasada Pałacu Królewskiego – Dâr-al-Makhzen. To ponoć ulubiona siedziba żony króla Maroka Mohammada VI, urodzonej w Fezie Lalli Salmy. Na co dzień król urzęduje w Rabacie – stolicy kraju. Mimo to pałac jest pilnie strzeżony. W portalu głównym pałacu mieści się siedmioro dekorowanych brązem drzwi, ponad którymi znajdują się mozaikowe i stiukowe zdobienia. To jedno z najczęściej fotografowanych miejsc w Fezie.

Następnie przechodzimy przez dawną dzielnicę żydowską Mellah, w której uwagę zwracają domy z ładnymi drewnianymi balkonami, i docieramy do okazałej XIII-wiecznej bramy Semmarine. Po jej przejściu znajdujemy się w innym świecie. Za bramą rozciąga się suk, na którym panuje oczywiście gwar i ścisk. Mniej tu osób w normalnych ubraniach, przeważają Marokańczycy w tradycyjnych strojach. Nie jest to suk znany z barwnych zdjęć w przewodnikach turystycznych. Tutaj na stoiskach przeważają ubrania, tekstylia i tandeta.

Wchodzimy w ten gwar i przeciskamy się w kierunku kolejnej bramy, prowadzącej do starszej części medyny – XII-wiecznej Bab Bou Jeloud. Za nią kryje się świat, który właściwie nie zmienił się od czasów średniowiecza. Wąskie uliczki, po których można się poruszać jedynie pieszo, jednośladem albo na osiołku. Pod brukiem kryje się średniowieczna kanalizacja. Na 350 hektarach żyje tu 2500 osób. Ponoć niektórzy przez całe swoje życie nie wyszli poza obrąb murów. Kiedy na początku XX w. przybyli tu Francuzi i zobaczyli ten zamknięty, trudny do ogarnięcia labirynt, postanowili, że zostawią to w spokoju i wybudują sobie nowe miasto obok.

Jak to mówią, góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem tak. Okazało się, że w tym samym czasie co my, w Fezie będą nasi znajomi z Polski. Umówiliśmy się więc z nimi na spotkanie. Stwierdziliśmy, że najlepszym miejscem w tym labiryncie uliczek i placów o trudnych do zapamiętania nazwach będzie Cefe Clock – prowadzona przez Brytyjczyków knajpka w samym sercu medyny, obok medresy Bou Inania. Tam też od razu się udaliśmy. Oczywiście najpierw musieliśmy pokonać kilka wąskich ulic i zwężających się za każdym zakrętem zaułków. Panujący wewnątrz chłód i zimne smoothie przyniosły miłe ukojenie, po spacerze z plecakami w upale. Piwa oczywiście nie było.

Z Cafe Clock udajemy się na spacer po medynie. Przechadzamy się bez żadnego celu, przyglądając się mieszkającym tu Marokańczykom. Najczęściej coś sprzedają albo pracują w swoich warsztatach, otwartych na ulicę. Niestety w niektórych miejscach nie pachnie tu zbyt pięknie. Przez suche jak pieprz miasto sączy się jedna mała rzeczka, która została potraktowana jak śmietnik. A podobno Maroko zmaga się z problemem z dostępem do wody pitnej.

Podczas spaceru docieramy też do placu Seffarine, na którym rozbrzmiewają dźwięki metalicznych uderzeń młotka w cynowe i mosiężne blachy. Rzemieślnicy wyrabiają tu i naprawiają garnki i kotły. Gdzieś na obrzeżach medyny zatrzymujemy się na obiad. Siadamy przy stoliku wystawionym na ulicę i zamawiamy kurczaka. Dość szybko otrzymujemy duże, smaczne i tanie dania. Po obiedzie, zmęczeni upałem, idziemy do napotkanego wcześniej po drodze ogrodu Jnane Sbile. Niestety, nie mieliśmy siły, żeby dokładniej zwiedzić medynę i resztę Fezu. Trochę szkoda, ale tak naprawdę byliśmy tu tylko przejazdem, w drodze na pustynię Erg Chebbi.

Pod wieczór jeszcze raz odwiedzamy centrum handlowe, o tej porze już zatłoczone. Przyjście tu wprost z medyny, to jak podróż w czasie. Teraz otaczają nas ekskluzywne sklepy. Robimy zakupy na dwa dni, które mamy spędzić na pustyni. Około 21.00 docieramy na dworzec autobusowy Supratours, aby odjechać do Merzougi.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Fez. Maroko, dzień 5.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s