Powrót do Marrakeszu. Maroko, dzień 4.

W Maroku byliśmy 10 dni. Naszym głównym celem było zdobycie Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.) – najwyższego szczytu nie tylko tego kraju, lecz także całej Afryki Północnej, leżącego w Atlasie Wysokim. Oprócz tego udało nam się poznać Marrakesz, zobaczyć Fez, pojeździć na wielbłądach po pustyni Erg Chebbi i spędzić na niej noc z Berberami, a także przejść Wąwóz Todra i powędrować po otaczających go górach, szukając przy okazji wioski nomadów.

Czwartego dnia w Maroku nigdzie nam się nie spieszy. Autobus z Marrakeszu do Fezu mamy dopiero o w pół do pierwszej w nocy. Dlatego w prywatnym schronisku w Imlilu, które znaleźliśmy wczoraj przypadkowo, budzimy się dość późno. Na śniadanie zjadamy resztę zapasów zrobionych na pobyt w Atlasie Wysokim, po czym żegnamy się z naszym sympatycznym gospodarzem, który przez cały nasz pobyt u siebie pytał nas co chwila, czy wszystko good: – Shower good? Dinner good? Nightgood?

Schodzimy do niżej położonego centrum wioski. Ponownie mijamy sklepiki i knajpki, aż dochodzimy do postoju taksówek. Jakiś handlarz obwieszony miedzianymi ozdobami próbuje nam sprzedać bransoletki i naszyjniki. Nie łatwo go spławić, stoi przy nas jeszcze, gdy wsiadamy do taksówki i wymienia coraz to niższe kwoty. Z taksówkarzem oczywiście też musieliśmy się trochę potargować. I wcale nie tak łatwo było wytargować przejazd w cenie, za jaką tu dojechaliśmy, o niższej nie wspominając. Kiedy już się z nim dogadaliśmy, okazało się, że to nie on nas zawiezie do Marrakeszu, tylko kręcący się opodal inny kierowca i nie pojedziemy nową Dacią Dokker, obok której stał, lecz zdezelowanym Mercedesem zaparkowanym kilkanaście metrów dalej.

Podróż do Marrakeszu nie była tak spokojna, jak przejazd z niego. Nasz kierowca pędził jak szalony, nie trzymając się swojego pasa, ale jadąc środkiem szosy, co na jednym z ostrych zakrętów prawie skończyło się zderzeniem z innym samochodem. Oczywiście wszystko, co pojawiło się na jego drodze, bezlitośnie obtrąbiał. W ten szalony sposób dotarliśmy do marrakeskiej Medyny.

Z sennego Imlilu w dość krótkim czasie przenieśliśmy się znów do gwarnego, upalnego i, nie ma co ukrywać, śmierdzącego Marrakeszu. Pierwsze kroki kierujemy w stronę Placu des Ferblantiers, wokół którego znajdują się znane zabytki miasta: pałac El Badiî, meczet Moulay El Yazid, pałac Bahia oraz dawna dzielnica żydowska Mellah. Spacerując między pałacami, oczywiście byliśmy zaczepiani przez miejscowych, którzy namawiali nas do odwiedzenia którejś z restauracji. Gdy któremuś z nas, zniecierpliwionemu już ciągłym nagabywaniem, wymknęła się mało sympatyczna odpowiedź, usłyszeliśmy wykład obrażonego Marokańczyka, dlaczego nie powinnyśmy się tak zachowywać. Tłumaczył, że przecież jest naszym przyjacielem, restauracja jest prowadzona przez jego rodzinę i wcale nie chce nas na nic naciągać, tylko ugościć. Znaliśmy już te opowiastki. Zakończył rozbrajającym stwierdzeniem: Smile! It’s Morocco!

Wybraliśmy się też na spacer po dawnej dzielnicy żydowskiej Mellach. Od dawna nie mieszkają tu Żydzi, lecz zwykli marrakeszanie. Zachowały się tu jednak, pamiętające czasy średniowiecza, bardzo wąskie uliczki, węższe od tych w pozostałej części medyny. W niektórych dwie osoby ledwie mogą się minąć. Choć to miejsce opisywane we wszystkich przewodnikach po Marrakeszu, i turyści często tu zaglądają, nasza czwórka objuczona plecakami wzbudzała spore zainteresowanie. Gdy szliśmy wąskimi, zacisznymi uliczkami, mijając otwarte drzwi kolejnych domów, wszyscy nam się przyglądali i to raczej niechętnie. Nastawianie do nas mieszkańców dzielnicy zmieniło się, gdy wyszliśmy na nieco szerszą, pełną sklepików, uliczkę. Teraz wszyscy szeroko uśmiechnięci proponowali nam pomoc i zapraszali do swoich składzików.

Jednemu obrotnemu handlarzowi udało się nas zatrzymać przy jego sklepie. Zaczął nam opowiadać o swoich towarach, tak że trudno było go zignorować. Przynajmniej dowiedzieliśmy, czym tak naprawdę są te wszystkie doskonale znane ze zdjęć z krajów arabskich kolorowe stożki ustawione na wszystkich targach i przy wielu ulicach. Pokazywał nam mieszanki herbat, korzenie na potencje, szminki z naturalnych barwników i najróżniejsze przyprawy. Mohamed, bo tak miał na imię ten obrotny sprzedawca, zaprosił nas też do wnętrza sklepu, które było wypełnione słojami i flaszkami z najróżniejszymi proszkami, ziołami i płynami. Gdy tylko przekroczyliśmy próg, za naszymi plecami, jakby wyrósł spod ziemi, pojawił drugi Marokańczyk, trzymający przed sobą tacę z czterema szklaneczkami zielonej herbaty z miętą. Na początku trochę nas to zdziwiło, ale to przecież Marrakesz i najróżniejsze strategie marketingowe są tu stosowane. Pijąc herbatę, uczestniczyliśmy dalej, już lekko zniecierpliwieni, w prezentacji towarów. Na twarzach naszych dziewcząt Mohamed pokazywał, jak działa maseczka na gładszą skórę wykonana na bazie wody różnej i jakiegoś białego proszku. Otwierał kolejne słoje i opowiadał, co zawierają. A ich zawartość była naprawdę imponująca. Były tam i szafran, anyż, kardamon, i mydełka, kostki zapachowe do stosowania zamiast dezodorantu, korzenie służące do mycia zębów, i olejki arganowe. Cała gama kolorów, smaków i zapachów. Dostaliśmy od niego korzenie na potencje (Marokańczycy mogą mieć kilka żon i muszą mieć siłę, żeby je wszystkie zaspokoić), a dziewczyny barwniki do ust na glinianych stożkach. Kupiliśmy też od niego trochę kosmetycznych specyfików i w końcu się od niego uwolniliśmy.

Z dzielnicy Mellah udaliśmy się w nieco bardziej oddalone od głównych placów miasta zakątki medyny. Szliśmy w stronę rzeki, żeby zobaczyć farbiarnie skór. Ku naszemu zaskoczenie okazało się, że nie jest to takie łatwe dla turystów. Po drodze kilka razy mówiono nam, że ulica, którą idziemy jest ślepa i musimy zawrócić. Dwóch chłopaków jadących na skuterze najpierw proponowało nam pomoc, kiedy grzecznie odmówiliśmy, odjechali, ale po chwili zawrócili, dogonili nas i zdecydowanie nakłaniali, żebyśmy zawrócili. W efekcie udało nam się zobaczyć tylko jedną farbiarnię skór i to z daleka, przez otwarte drzwi. Okazało się, że mieszkańcy Medyny w uliczkach poza sukami i głównymi placami, wcale nie cieszą się z wizyty turystów.

Zmęczeni upałem udaliśmy się do parku, w którym odpoczywaliśmy też pierwszego dnia pobytu w mieście. Siedzieliśmy w Cyber Parc Arsat Moulay Abdeslam do wieczora. Stąd poszliśmy do McDonald’sa mieszczącego się przy dworcu, aby w nim zaczekać do odjazdu autobusu do Fezu. Po drodze na dworzec jedno z nas kątem oka zauważyło w sklepie butelkę wina. Zatrzymaliśmy się i naszym oczom ukazał się raj. Staliśmy przed sklepem z alkoholem. Wyłącznie z alkoholem. Po czterech dniach w Maroku straciliśmy już nadzieję, że coś podobnego można tutaj spotkać. Weszliśmy do środka i, mimo stosunkowo wysokich cen (ok. 6 zł za piwo 0,33 ml), zrobiliśmy niezbędne zakupy.

Z takim zaopatrzeniem udaliśmy się pod jakiś mur za dworcem, pod którym wypiliśmy piwko. Co za radość po tym upalnym, męczącym dniu. Potem weszliśmy do McDonald’sa, gdzie racząc się cheesburgerami i Wi-Fi przeczekaliśmy do późnego wieczora. Kiedy zbliżała się godzina odjazdu autobusu do Fezu, przenieśliśmy się na pobliski dworzec CTM, z którego ruszał. Na tyłach poczekalni zaczęliśmy rozpijać cytrynową wódkę, którą też kupiliśmy w sklepie z alkoholem. Nie umknęło to uwadze jednego z dworcowych menelików, który w tym samym miejscu krył się ze swoim winem czy czymś podobnym. Podszedł do nas i bezceremonialnie poprosił, żebyśmy nalali mu w kubeczek. Nie żałowaliśmy mu. W zamian zaproponował nam swój specyfik, ale grzecznie odmówiliśmy.

W końcu nadeszła godzina odjazdu. W pierwszej poczekalni musieliśmy jeszcze zapłacić za bagaże (wcześniej je nawet zważono) i mogliśmy udać się do drugiej poczekalni, z której dopiero po otwarciu drzwi przez pracownika dworca, mogliśmy wejść do autobusu. Po takiej skomplikowanej odprawie mogliśmy zapaść w sześciogodzinny sen, po którym czekał nas podobny, choć nieco krótszy dzień w Fezie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s