Trekking w Atlasie Wysokim. Maroko, dzień 2.

W Maroku byliśmy 10 dni. Naszym głównym celem było zdobycie Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.) – najwyższego szczytu nie tylko tego kraju, lecz także całej Afryki Północnej, leżącego w Atlasie Wysokim. Oprócz tego udało nam się poznać Marrakesz, zobaczyć Fez, pojeździć na wielbłądach po pustyni Erg Chebbi i spędzić na niej noc z Berberami, a także przejść Wąwóz Todra i powędrować po otaczających go górach, szukając przy okazji wioski nomadów.

Z Marakeszu do Imlilu

Budzimy się chwilę przed siódmą, jest jeszcze ciemno. Sprawnie się pakujemy, bo o 7.30 dostaniemy śniadanie, po którym od razu ruszymy na postój taksówek. Dziś jedziemy do Imlilu i zaczynamy trekking na Jebel Toubkal.

Na śniadanie otrzymujemy na cztery osoby jeden termos z kawą o aromacie orzechów i cynamonu, jedną małą porcję dżemu i masło. Do tego każdy ma na talerzu malutki placek, który pomocnik Shakiry przed chwilą usmażył, równie małą bułeczkę i kawałek ciasta. Niewiele tego, ale nie narzekamy.

Bierzemy plecaki i z GPS-em w ręku idziemy na postój grand taxi. Co za odmiana w porównaniu z gwarem, jaki panował w medynie wczorajszego wieczoru. Uliczki są niemal puste. Pierwsi kupcy dopiero wystawiają swoje towary, sprzątacz zamiata ulicę, jakaś kobieta niesie na głowie torbę z zakupami, ktoś prowadzi osła z wózkiem, ludzie idą do pracy. Na małych stoiskach smażone są placki – takie, jak te, które przed chwilą jedliśmy w hostelu, tylko z dziesięć razy większe… Nikt nas nie zaczepia.

Postój grand taxi znajduje się na obrzeżach medyny. W pewnym momencie z wąskiej uliczki wychodzimy na plac zastawiony kilkuset beżowymi samochodami. Podchodzimy do pierwszego i się targujemy. Shakira powiedziała nam, że przejazd do Imlilu kosztuje ok. 45 dh za osobę. Pierwszy kierowca chce 600 dh za cztery osoby. Kiedy mówimy o 200, wybucha śmiechem. Następny też o takiej cenie nie chce w ogóle rozmawiać. W końcu podchodzi do nas jakiś miejscowy wariat. Mówimy mu, gdzie chcemy jechać i za ile, a on prowadzi nas gdzieś na koniec kolejki taksówek, cały czas coś wykrzykując, śmiejąc się i zaczepiając wszystkich po drodze. Dzięki niemu trafiamy na kierowcę, który zgadza się na kurs za 300 dh, czyli 75 na osobę. Albo słabo się targowaliśmy, albo Shakira się myliła.

Wsiadamy do nowej Dacii Dokker (Dacia to chyba najpopularniejsza marka samochodów w Maroku) i ruszamy w stronę Imlilu. Po wyjeździe z Marakeszu otacza nas pustka. Wprawdzie gdzieś na horyzoncie majaczą góry, ale po obu stronach drogi tylko płaska, kamienista pustynia. W Maroku nie ma przedmieść, miasta kończą się bramą w kształcie łuku albo po prostu nagle urywają, jakby ktoś odciął je nożem od otaczającej pustyni. Doskonale było to widać z okna samolotu, kiedy podchodziliśmy do lądowania.

Po godzinie jazdy krajobraz nagle się zmienia. Do tej pory prosta jak drut droga nagle skręca raz w jedną, raz w drugą stronę i zaczyna wspinać się serpentynami na wysokie zbocza, które nie wiadomo kiedy wyrosły ze wszystkich stron. Otacza nas czerwień skalnych ścian i zieleń dolin, ponad którymi przejeżdżamy. Mijamy kilka wiosek, w których akurat trwają zbiory jabłek i orzechów włoskich. Wszędzie rozstawione są skrzynki.

Imlil

Taksówka zatrzymuje się pośrodku wioski, na końcu asfaltowej drogi. Dalej można jechać już tylko po kamieniach. Położony na wysokości 1740 m n.p.m. Imlil to baza wypadowa w Atlas Wysoki. Najpopularniejszym celem wycieczek jest oczywiście Jebel Toubkal. Znajduje się tu sporo hoteli, restauracji i sklepów, w których można kupić prowiant (wybór nie jest większy niż w sklepikach marrakeskiej medyny), pamiątki, a nawet ubranie i sprzęt turystyczny. Są tu też agencje organizujące trekkingi w góry. Można również wynająć przewodnika z mułem. Muły noszą tu nie tylko bagaże, lecz także mniej ambitnych turystów.

Trekking do Refuge du Toubkal

Po 10.00 bez zbędnych ceregieli rozpoczynamy trekking. Ruszamy kamienistą drogą biegnącą przez Imlil w górę. Siedzący przed sklepami i restauracyjkami staruszkowie pytają czy idziemy na Toubkal i życzą powodzenia. Tak jak nam wskazali, idziemy drogą prowadzącą serpentynami ponad wioskę, chociaż można z niej wyjść także nieco krótszą ścieżką. Ostatnią miejscowością na szlaku jest Aroumd. Tu też są agencje wycieczkowe, a także sklepik z dywanami i skamieniałościami znajdowanymi w górach oraz jedna knajpka, w której można się napić herbaty albo soku z pomarańczy. Przy ostatnich zabudowaniach zatrzymujemy się pod okazałym orzechem włoskim i wypychamy kieszenie jego owocami. Nieco dalej, na rozwidleniu dwóch chłopców wskazuje nam odpowiednią ścieżkę i oczekuje w zamian dirhama.

Przechodzimy kamieniste pole i dochodzimy do miejsca, w którym szlak zaczyna piąć się w górę. Robimy sobie przerwę. Upał zaczął już doskwierać. Myśleliśmy, że na tej wysokości będzie chłodniej, więc musimy zmienić długie spodnie na szorty. Przy okazji zjadamy kupione dzień wcześniej w Marrakeszu jajka na twardo. Mijają nas grupy turystów schodzące do Imlilu. Najczęściej wygląda to tak, że najpierw idą poganiacze z mułami niosącymi namioty i plecaki, a potem grupa z przewodnikiem.

Wracamy na ścieżkę i zaczynamy podejście. Po kilkuset metrach mijamy betonową budkę, w której można kupić coca-colę, fantę, wodę albo świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Takich budek stojących przy szlaku będziemy mijać jeszcze klika. W niektórych można też napić się herbaty i kupić chustę albo berberyjski strój. Po chwili robi się jeszcze bardziej stromo. To jeden z bardziej męczących odcinków. Następnie ścieżka biegnie już nieco łagodniej po zboczu.

W taki sposób dochodzimy do marabutu, czyli grobowca Sidiego Chamharoucha, na wysokości 2350 m n.p.m. Wokół niego stoi kilka prymitywnych domków, w których mieszczą się stragany z napojami, kawiarenki i sklepiki z pamiątkami. Można tu nabyć m.in. berberyjskie stroje. Jest też malutki meczet. W połowie sierpnia przy grobowcu świętego odbywają się uroczystości na jego cześć. Ponoć miał on uzdrawiające moce i leczył z szaleństwa, apatii i impotencji. Postanawiamy zatrzymać się tu na chwilę, ale wybieramy ostatnią, położoną najwyżej budkę. Na skalnym tarasie stoją stoliki. Siedząc przy nich można podziwiać niesamowity widok na dolinę. Właściciel tego straganu pyta nas czy jesteśmy zmęczeni i czy chce nam się pić. Odpowiadamy, że chętnie napilibyśmy się piwa. Z uśmiechem odpowiada, że nie ma tu czegoś takiego i proponuje berber whisky. Bierzemy. Po raz kolejny na stoliku lądują metalowy czajniczek ze słodką zielona herbatą z dodatkiem mięty oraz małe szklaneczki. Niektórzy narzekają, że jest za słodka. Mnie smakuje.

Poniżej nas ciągnie się głęboka dolina rzeki Mizane, wzdłuż której cały czas idziemy. Choć to jedna z największych rzek w okolicy, jest tak płytka, że można ją pokonać, przechodząc po kamieniach. Wzdłuż niej ciągnie się zielony pas bujnej roślinności, kontrastujący z szarymi piarżystymi zboczami. Zaraz po wyjściu z kawiarenki na tarasie czeka nas krótkie strome podejście. Ścieżka jest tu kręta i biegnie po dużych kamieniach. Po pokonaniu tego odcinka teren się wypłaszacza. Od tej pory szlak prowadzi prosto, lekko się wznosząc, aż do samego schroniska. Ścieżka biegnie po zboczu ponad rzeką Mizane. Mijamy jeszcze dwa stragany z napojami.

Gdy w oddali widać już budynki dwóch schronisk, po lewej, po drugiej stronie rzeki, widzimy dwa duże obozy wypraw zorganizowanych. Kilkanaście namiotów do spania dla uczestników trekkingu i kilka dużych na mesy. Są nawet latryny. Po okolicznych zboczach chodzą samopas muły, które to wszystko tu przyniosły.

Refuge du Toubkal

Słońce chowa się już za górami i powoli robi się coraz chłodniej. Zaczynamy odczuwać zmęczenie. Ale zostało nam już tylko kilkaset metrów do schroniska. Przed nami widać dwa murowane budynki, jeden za drugim. Leżą na wysokości 3207 m n.p.m. Pierwszy z nich to marokańskie schronisko Muflon, a drugi, w którym mamy zarezerwowany nocleg, to schronisko Neltner. Należy do Francuskiego Klubu Alpinistycznego (CAF), ale jest prowadzone przez rodzinę Marokańczyków. Obecnie łatwiej je znaleźć pod nazwą Refuge du Toubkal.

Na recepcji zgłaszamy swoje przybycie. Niestety tu też musimy wypełnić szczegółowy formularz meldunkowy. Jeden z pracowników wskazuje nam nasz pokój. To oczywiście wieloosobowa sala, w której jest około 20 miejsc na łóżkach piętrowych. Poza nami jest jeszcze kilka osób. Zimne mury sprawiają, ze zaczynamy się trząść. Trzeba się rozgrzać pod prysznicem. O jak niemile się zdziwiliśmy. W różnych warunkach zdarzało nam się nocować i w wielu miejscach warunki sanitarne pozostawiały wiele do życzenia, ale to, co zastaliśmy tutaj przechodziło ludzkie pojęcie na temat grzyba rozrastającego się na ścianie. Smród trudny do zniesienia.

Po kolacji złożonej z naszych zapasów, schodzimy do salonu, zamawiamy berber whisky (przyzwyczajeni do polskich schronisk liczyliśmy na to, że uda nam się tu kupić piwo; niestety…) i planujemy następny dzień. Zamawiamy śniadanie na 4.30. O 5.00 mamy zamiar wyruszyć w kierunku szczytu Jebel Toubkal.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Trekking w Atlasie Wysokim. Maroko, dzień 2.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s