Marrakesz. Maroko, dzień 1.

W Maroku byliśmy 10 dni. Naszym głównym celem było zdobycie Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.) – najwyższego szczytu nie tylko tego kraju, lecz także całej Afryki Północnej, leżącego w Atlasie Wysokim. Oprócz tego udało nam się poznać Marrakesz, zobaczyć Fez, pojeździć na wielbłądach po pustyni Erg Chebbi i spędzić na niej noc z Berberami, a także przejść Wąwóz Todra i powędrować po otaczających go górach, szukając przy okazji wioski nomadów.

Lądowanie

Na płycie lotniska uderza prawie czterdziestostopniowy upał. Choć do terminalu jest tylko kilka kroków, podjeżdża po nas autobus, w którym jest jeszcze cieplej. Dopiero na hali przylotów jest ciut chłodniej. Wypełniamy formularze i ustawiamy się kolejce do odprawy paszportowej. Każdy, kto przylatuje do Maroka lub z niego wylatuje musi na lotnisku wypełnić druk, w który trzeba wpisać: imię i nazwisko, datę i miejsce urodzenia, numer paszportu i lotu, zawód, cel podróży, a także adres hotelu, w którym się zatrzymuje. Po odprawie wymieniamy euro na dirhamy (1 euro = ok. 11 dh) i wychodzimy przez wywierającą na nas duże wrażenie halę główną terminalu. Lotnisko w Marrakeszu jest jednym z największych i najnowocześniejszych w kraju. Obecnie trwa jego rozbudowa.

Zanim zaczniemy zwiedzać miasto musimy udać się na dworzec autobusowy linii CTM. Za dwa dni mamy zamiar jechać do Fezu, więc już dziś chcemy kupić bilety. Wyczytaliśmy w przewodniku, że trzeba je kupować kilka dni wcześniej, a niestety nie da się tego zrobić przez Internet. Decydujemy, że na dworzec pójdziemy pieszo, przy okazji zobaczymy od razu nową część miasta. Co chwila zatrzymuje się przy nas jakiś taksówkarz i proponuje podwiezienie. Wszyscy są zdziwieni, że odmawiamy. Dochodzimy do głównej ulicy i zaczynamy długi spacer wzdłuż muru lotniska. Jak się okazuje będzie się ciągnął przez jakieś dwa kilometry.

Ville nouvelle

Oszałamia nas hałas, jaki panuje na ulicy. Choć to dwupasmówka, jakich wiele w europejskich miastach, jest tu nieporównanie głośniej, głównie za sprawą nadużywanych klaksonów. Już po chwili marszu zaczyna nam doskwierać upał. W poszukiwaniu wytchnienia zachodzimy do oliwno-palmowego ogrodu Menara, który roztacza się po drodze na dworzec. Niestety nie jest to oaza zieleni, w której drzewa chronią przed promieniami słonecznymi. Ziemia jest tu wyschnięta na pył, a karłowate drzewa nie dają zbyt wiele cienia. Pośrodku ogrodu stoi XVI-wieczny pawilon, przed którym znajduje się duży basen. Nie, nie można się w nim wykąpać. Przy basenie stoi kiosk z pamiątkami, który pełni też funkcję kawiarenki. Jest tu nawet trochę cienia. Zajmujemy jedyny stolik i prosimy o kawę. Jedno z nas zamawia herbatę, dzięki czemu po raz pierwszy stykamy się z najbardziej charakterystycznym dla Maroka napojem, zwanym berber whisky. Oprócz szklaneczek z kawą ląduje przed nami metalowy dzbanek z zieloną herbatą z dodatkiem świeżej mięty i dużej ilości cukru.  Jeszcze nie wiemy, że będziemy ją pić w każdym miejscu, w które się wybierzemy podczas pobytu w tym kraju.

Z ogrodu dość szybko docieramy na dworzec CTM. Okazuje się, że nie ma już biletów na dzień, w którym chcemy jechać. Ponieważ jest to dla nas jedyne sensowne połączenie między Marrakeszem a Fezem, musimy kupić bilety na następny dzień. To też nie jest takie proste. Ponoć zostały tylko trzy miejsca, a nas jest czworo. Sprzedawca dzwoni gdzieś, żeby załatwić nam dodatkowe miejsce. Po kilkudziesięciu minutach, oznajmia, że się udało. W ten sposób, już po kilku godzinach w Maroku, zmieniamy plany i od razu musimy wziąć pod uwagę dodatkowy dzień, który przewidzieliśmy na niespodziewane przypadki.

Skoro tak trudno było kupić bilet do Fezu dwa dni przed wyjazdem, postanawiamy, że kupimy od razu bilet z Fezu do Merzougi. W tym celu idziemy na dworzec Supratours. To druga linia autobusowa, którą warto poruszać się po Maroku. Na dworcu okazuje się, że bilety te możemy kupić tylko w Fezie. Pozostaje nam więc liczyć na to, że tam znajdą się dla nas jeszcze wolne miejsca.

Po wyjściu z dworca zatrzymujemy się w małej restauracji na obiad. Siedzi w niej wiele osób, więc wydaje nam się, że musi serwować dobre jedzenie. Zamawiamy tajiny, czyli najpopularniejsze dania kuchni marokańskiej, i coś co nazywa się inaczej, ale wygląda tak samo. Średnio nam smakują, a porcje są małe. Przynajmniej można się dopchać chlebem. Popijamy świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy. To kolejny napój, który będziemy pić przez cały pobyt w Maroku.

Najedzeni ruszamy w stronę medyny. Idziemy jedną z głównych ulic założonego przez Francuzów nowego miasta (ville nouvelle). Po raz kolejny szukamy wytchnienia w parku, których w Marrakeszu nie brakuje. Tym razem jest to Cyber Park Arsat Moulay Abdeslam. Wygląda jak niedawno założony ogród botaniczny. Jest nawadniany i nie brakuje tu bujnej roślinności, na przykład drzewek pomarańczowych i palm daktylowych. Wyciągam z plecaka kupioną na bezcłówce w Londynie butelkę Johnnie Walkera. Gdybyśmy wiedzieli, że w Maroku tak trudno znaleźć alkohol, na pewno kupilibyśmy więcej.

Medyna

Zaraz po wyjściu z parku mijamy mury starego miasta, czyli medyny. Podchodzimy do meczetu Koutoubia. To największy i jeden z najstarszych meczetów Marrakeszu. Powstał pod koniec XII w. Jego charakterystyczny 69-metrowy minaret jest widoczny z wielu punktów miasta.

W medynie atmosfera jakby gęstnieje. Ulice są tu o wiele węższe i bardziej gwarne niż w ville nouvelle. Tam gdzie nie mieszczą się samochody, między pieszymi lawirują rozpędzone motorowery albo przeciskają się powolnie osły ciągnące dwukołowe wózki. Od samego początku jesteśmy zaczepiani przez ludzi proponujących nam nocleg. Problem w tym, że nie stoją oni przed riadami, które nam zachwalają, tylko chcą nas prowadzić gdzieś dalej. Idziemy w stronę głównego placu medyny – Jemma el Fna. Tu też co chwila ktoś nam coś oferuje, woła do swojego straganu, coś pokazuje.

Postanawiamy, że poszukamy hosteli, na które mamy namiary. Odpalamy GPS i ruszamy. O dziwo sprawnie znajdujemy jeden z nich, choć prowadzi do niego labirynt wąskich uliczek. Jednak zaułek, w którym się znajduje oraz mrok, który w nim panuje, zniechęcają nas. Odmienne wrażenie robi na nas kolejny, który znajdujemy. Nazywa się Waka Waka i prowadzi go Shakira. Wokół dziedzińca o kolorowych ścianach na dwóch poziomach mieszczą się pokoje, na dachu jest taras. 70 dh za nocleg ze śniadaniem. Tu zostajemy.

Zrzucamy plecaki, odświeżamy się po ciężkim dniu i wracamy na miasto, żeby zrobić zakupy. Musimy mieć jedzenie na dwa dni w górach. Nigdzie jednak nie możemy znaleźć żadnego większego sklepu. Tak też było wcześniej w nowym mieście. Tu, w medynie, są tylko małe sklepiki, w których nie ma mięsa, sera, konserw. Są za to gotowane jajka. Kupujemy tylko jakieś pieczywo, sardynki w puszkach, litrowy słoik dżemu, te gotowane jajka i trochę słodyczy. Musi wystarczyć. Oprócz tego dużo wody.

Zostawiamy zakupy w hostelu i zapuszczamy się w stragany medyny. Dziś tylko oglądamy, ale oczywiście ciągle jesteśmy zaczepiani przez sprzedawców. Docieramy też znowu na Place Jemma el Fna. Teraz jest dużo bardziej zatłoczony niż za dnia. Widać, że ożywa dopiero po zmierzchu. Stragany z pamiątkami, stoiska ze świeżo wyciskanymi sokami, tańczące węże, skaczące małpy, kobiety wykonujące tatuaże z henny, zawodzący starcy… To wszystko oszałamia do tego stopnia, że dajmy się namówić na marokańską kolację. Siadamy przy długim stole wśród innych jedzących, a po chwili pojawiają się przed nami talerze: szaszłyki z czterech rodzajów mięsa, kiełbaski, grillowane warzywa na kuskusie, żeberka, oliwki, sosy. Uczta o jakiej marzyliśmy od rana. Suma, jaką musieliśmy za to zapłacić, mocno nas zaskakuje. Marokańczyk, który nas na to wszystko namówił, obiecywał przecież democratic price. Udaje się utargować tylko niewielką zniżkę. Trudno, odkujemy się.

Po wyżerce wracamy do hostelu. Mamy jeszcze butelkę Johnnie Walkera do skończenia.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Marrakesz. Maroko, dzień 1.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s