„Pozdrowienia spod Grzesia. Właśnie dochodzę.”

DZIEŃ I: Siwa Polana zielony szlak Schronisko PTTK na Polanie Chochołowskiej  Grześ
DZIEŃ II: Grześ Rakoń Wołowiec Jarząbczy Wierch Kończysty Wierch zielony szlak Trzydniowiański Wierch czerwony szlak Dolina Chochołowska zielony szlak Siwa Polana

fot. Justyna Matak

Jest piątek po południu. Jesteśmy w drodze do Zakopanego. A dokładniej, na Siwą Polanę. Prognoza pogody na weekend w Tatrach skusiła nas żeby ruszyć się z Krakowa. Jako, że zapowiadała się bezchmurna noc, zabieramy ze sobą namiot. Planujemy rozbić się na Grzesiu, a o wschodzie słońca być już na Wołowcu.

Na parkingu jesteśmy ok. 18.00. Po godzinnej naprawie plecaka (igła z nitką – warto zabrać ze sobą w góry) ruszamy zielonym szlakiem. Na głowach mamy czołówki, ale nie są nam zbytnio potrzebne. Droga jest szeroka, prosta, o nieodczuwalnym nachyleniu i ciągnie się w nieskończoność. Po 1,5 godz. jesteśmy na Polanie Chochołowskiej. W końcu widzimy śnieg. Niezauważalnie przechodzimy obok schroniska i parę metrów dalej robimy przerwę na herbatkę. Z budynku dobiega nas gwar. Słychać, że jest zatłoczone. Ciekawe jak będzie jutro w górach.

Zaczyna robić się chłodno, więc idziemy dalej – żółtym szlakiem prosto na Grzesia (1635 m n.p.m.). Teraz jest wyraźnie pod górkę i szybko zaczyna robić nam się gorąco. Śniegu jest jeszcze stosunkowo mało, ale miejscami jest bardzo ślisko. Na szczycie jesteśmy koło 22.00. Obawialiśmy się dużego wiatru, ale na szczęście jest minimalny. Pogoda idealna do spania pod namiotem! Rozbijamy się w pobliżu kosówki. Usuwamy kamienie i ubijamy śnieg. Na początku myśleliśmy, że nie będzie problemu z wbiciem śledzi, jednak okazało się, że pod warstwą puchu znajduje się zmrożony śnieg, lód i kamienie. Nie jest łatwo, ale po dłuższej walce udaje się przybić namiot do ziemi. Zostaje kwestia izolacji od podłoża. Z całej naszej czwórki, tylko jedna osoba jest przygotowana do spania w takich warunkach, reszta musi sobie jakoś radzić. Na sam spód kładziemy karimaty, następnie koc, kurtki i wszystko co się nadaje. Oprócz śpiworów, przykrywamy się też kocem. Zakładamy czapki i rękawiczki. Wbrew naszym obawom, w nocy jest nam całkiem ciepło.

Budzimy się o 5.00. Łyk herbaty na rozgrzanie, parę kęsów kanapki i zbieramy się do wyjścia. Początkowo idzie nam to dość mozolnie. Jest zimno i nie chce się wychodzić spod śpiwora. Jednak kiedy wydostajemy się już z namiotu, mamy przed oczami wprost magiczny widok. Skłębionych wieczorem chmur już nie ma. Nieboskłon jest upstrzony gwiazdami, które cudownie oświetlają otaczające nas szczyty. Tylko zdala od światła miast można oglądać takie niebo. Jest niesamowicie!

Jednak mróz daje nam znać, że czas się zbierać. Śledzie od namiotu przymarzły nam do ziemi i zmagamy się z ich wyjęciem dłuższą chwilę. Około 6.00 ruszamy w drogę. Niebieskim szlakiem przez Rakoń (1879 m n.p.m.) na Wołowiec (2064 m n.p.m.). Droga jest łatwa i przyjemna. Nachylenie jest nieduże, wyłączając podejście na szczyt. Na niebie jest coraz jaśniej, a pomiędzy wyspami szczytów rozlewa się morze chmur. Już wiemy, że to będzie piękny dzień. Gdy jesteśmy na Rakoniu, szczyty są już ładnie oświetlone. Niestety, nie zdążyliśmy dotrzeć przed świtem do celu. Kiedy dochodzimy na Wołowiec, słońce jest już nad horyzontem. Ale i tak jest przepięknie.

Tutaj robimy dłuższą przerwę, mimo że wieje naprawdę silny wiatr. Schodzimy trochę niżej żeby się przed nim schować. Jemy coś i rozpuszczamy śnieg na herbatę. Nasz następny cel to Jarząbczy Wierch (2137 m n.p.m.). Częściowo idziemy granią wzdłuż granicy polsko-słowackiej. Musimy uważać, bo momentami jest bardzo ślisko. Trasa jest niezwykle ciekawa widokowo, a przejrzyste powietrze pozwala nam podziwiać otaczającą nas panoramę. Pięknie prezentuje się Ostry Rochacz po stronie Słowacji.

Dochodzimy do Niskiej Przełęczy. Przed nami kawał góry, jaką jest Jarząbczy Wierch i 300 m podejścia. Siadamy. Przed nami niesamowity widok chmur wlewających się w górskie doliny. Zrobiło się błogo. Słońce przyjemnie grzeje, a chałwa popijana herbatą smakuje lepiej, niż zwykle. Nie chce nam się ruszać. Ale też nigdzie nam się nie spieszy. Ku naszemu zdziwieniu w górach nie ma turystów i nogo dotąd nie spotkaliśmy. Dopiero koło 12.00 widzimy kogoś na szczycie Jarząbczego Wierchu.

W końcu zbieramy się do dalszej drogi. Powoli podchodzimy pod górę. Jest ślisko, ale idzie nam to sprawnie. Na szczycie robimy krótką przerwę, parę fotek i idziemy na Kończysty Wierch (2002 m n.p.m.), na którym niestety jest już sporo osób.

Na Kończystym Wierchu decydujemy, że kończymy już wycieczkę. Ponieważ jest jeszcze wcześnie, to gotujemy wodę na herbatę, dojadamy resztki prowiantu i długo odpoczywamy ze wzrokiem skierowanym na Starobociański Wierch (2176 m n.p.m.). Dzisiaj odpuszczamy sobie ten szczyt, ale obiecujemy sobie, że szybko wrócimy w Tatry Zachodnie, żeby go zdobyć.

Rozleniwieni wracamy na Siwą Polanę. Idziemy przez Trzydniowiański Wierch (1758 m n.p.m.) i czerwonym szlakiem schodzimy do Doliny Chochołowskiej, skąd czeka nas już tylko ok. 1,5 godz. marszu na parking.

Trasa Dolina Chochołowska, parking ↔ Dolina Chochołowska, parking w serwisie mapa-turystyczna.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s